Na wszystkich światach Gromady zakończono długotrwałe przygotowania. Olbrzymia sieć oddziałów i broni, statków i uzupełnień zaciskała się. Był to moment, którego żaden z wtajemniczonych w prawdziwy powód tej akcji, nie spodziewał się dożyć.
Choć ostateczny cel pozostawał tajemnicą dla wszystkich, z wyjątkiem najwyższych dowódców, każdy, nawet najniżej zaszeregowany Lepar, zdawał sobie sprawę, że szykuje się coś wielkiego. Zbyt wiele pojazdów i zbyt duża ilość zaopatrzenia kierowana była do tych samych kilku punktów zbornych: mało znanych, słabo zaludnionych planet, usytuowanych z dala od jakichkolwiek starć. Trwała fantastyczna operacja logistyki.
Zgromadzeni w punktach i oczekujący na rozkazy żołnierze zastanawiali się między sobą, co to znaczy. Zdziwieni byli wielką ilością statków i transportowców z zaopatrzeniem, orbitujących nad ich głowami i oczekujących swej kolejki do podprzestrzeni. Przybyli Massudzi z Hivistahmami i wsparciem technicznym O'o'yanów. Byli tam S'vanowie, podejmujący masę decyzji.
No i oczywiście Ziemianie. Najsłynniejsze jednostki, pełne weteranów wielu udanych kampanii. Nawet ich oficerowie nie potrafili odpowiedzieć na niekończące się pytania swoich podkomendnych. Mówili tylko, że wkrótce wszystko zostanie ujawnione, zarówno żołnierzom, jak i ich przełożonym.
Przemieszczanie tak wielkich sił nie mogło być utrzymane w całkowitej tajemnicy, ale kosztowne wysiłki wścibskich mediów przyniosły niewiele konkretnych faktów. Jednej rzeczy nie udało się ukryć, poziom podniecenia i napięcia wśród Ziemian osiągał niebezpieczny poziom, grożący eksplozją.
To był fenomen wśród naczelnych. Dla Massudów i całej reszty, takie przygotowania nie były źródłem ekscytacji. Oni nie cieszyli się nadchodzącą walką tak, jak Ziemianie. Zebrali się w wyznaczonym punkcie i spokojnie czekali, dziwiąc się ilości energii, którą ich partnerzy marnowali na podobne oczekiwanie.
Jeden, czy dwóch zauważyło nieobecność Turlogów w ciągle powiększających się siłach bojowych, ale na ogół nikt się o nich nie dopytywał.
W czasie przygotowań pułkownik Nevan Straat-ien pozostawał w kontakcie z innymi członkami Kadry, obserwując rozwój sytuacji i wymieniając informacją, aż do chwili, w której skierowano go na pojazd, orbitujący wokół pogranicznej planety, której długiej nazwy nawet nie potrafił wymówić. Historyczka Lalelelang nie przestając obserwować i analizować, towarzyszyła mu, wraz ze swoim obszernym zbiorem notatek i nagrań. Gdy mieli czas, dyskutowali na temat jej teorii, oraz, teraz już nieczęsto, zupełnie osobistych spraw, które ich oboje interesowały.
Gdy oficerowie odpowiadający stopniem Straat-ien'owi oficjalnie dowiedzieli się o prawdziwym zadaniu wielkich sił bojowych, nie potrafili w to uwierzyć.
- Rodzime planety Ampliturów. - Lalelelang dygnęła elegancko dla podkreślenia swych uczuć. - Dzięki tobie wiedziałam, że je zlokalizowano, ale nie miałam pojęcia, że wojna tak blisko.
- Nikt się nie orientował.
Straat-ien patrzył na nią z aprobatą. Z tego, co wiedział, potrafiła dotrzymać słowa. Nic z tego, czego dowiedziała się od niego i jego krewnych, nie zostało nikomu powiedziane.
Zastanawiał się, co się teraz stanie z jej teoriami. Czy tak jak oboje tego oczekiwali, już niedługo zostaną poddane praktycznemu sprawdzianowi? Czy też nic z tego nie wyjdzie? To, że planowano atak na planety Ampliturów, nie oznaczało końca Wielkiej Wojny. Gwarantowało jedynie, że mnóstwo żołnierzy z obu stron przeniesie się do wieczności.
- Kiedy? - usłyszał jej pytanie.
- Tego jeszcze nie ogłoszono. Czy byłaś już na najwyższej platformie widokowej i obserwowałaś niebo? Wokół tej planety jest pierścień. Wygląda, jakby był tu już od miliardów lat, ale jest nowy i sztuczny. To transportowce, które są ładowane i umieszczane na właściwej pozycji, gdzie czekają na podprzestrzenny korytarz. Nowe statki przez cały czas przybywają i odlatują. Widziałem w swoim życiu wiele sił uderzeniowych, ale takich jeszcze nie. W powietrzu są setki statków, a podobne flotylle zbierają się również na innych światach. To jest największa logistyczna operacja, kiedykolwiek przeprowadzana przez Gromadę. W podprzestrzeni jest dużo miejsca, ale koordynowanie wynurzania się z niej tak, aby dwa, czy trzy statki nie zmaterializowały się w tym samym miejscu będzie wymagało bezprecedensowego planowania. Cieszę się, że jestem tylko żołnierzem.
- Dla każdego, oprócz Ziemian, takie stwierdzenie byłoby sprzeczne.
Znów zapadła cisza i oboje kontemplowali przyszłość, która nagle i niespodziewanie przybliżona została o kilkaset lat.
Bezlitosne przygotowania trwały, podobnie jak walki na innych frontach. Pomimo troski, z jaką starano się ukryć prawdziwe zadanie gromadzących się sił, ci, co specjalizowali się w rozważaniu takich spraw wątpili, czy uda się zaskoczyć Ampliturów, którzy zawsze mieli efektywny wywiad wewnątrz Gromady i przygotowania przeprowadzane na taką skalą bez wątpienia przyciągnęły zainteresowanie ich agentów.
Z powodu takiej koncentracji wojennego materiału, wrogowi udało się odnieść szereg drobnych zwycięstw na innych polach bitewnych, ale uznano, że to jedynie uczyni ich jeszcze bardziej przezornymi. Mimo to, najwyższe dowództwo Gromady liczyło na, co najmniej częściowe, zaskoczenie. Nieprzyjaciel nie powinien wiedzieć, która z planet będzie zaatakowana jako pierwsza, co powinno go zmusić do odpowiedniego podziału sił.
W najgorszym wypadku, jeśli Ampliturom uda się odeprzeć atak, użycie przez nich sił ściągniętych z innych planet do obrony własnych światów, powinno umożliwić Gromadzie uzyskanie znaczących sukcesów w walce z osłabionym systemem. Taktycy Gromady wierzyli w skuteczność tej strategii. Zwycięstwo było pewne, tyle, że nikt nie potrafił przewidzieć, na jakim froncie ono nastąpi.
Razem z setkami innych oficerów, Straat-ien otrzymał wreszcie formalne rozkazy. Lalelelang, jedyny Wais w grupie bojowej, złożonej z Ziemian, entuzjastycznie kontynuowała swą pracę, nagrywając i analizując gromadzenie i wysyłkę oddziałów. Stała się tak znajomym elementem otoczenia, że kręcący się wkoło żołnierze, nie komentowali wcale jej obecności i dzięki temu mogła się wśród nich poruszać z większą swobodą i łatwością, niż kiedykolwiek przedtem.
Z Yecilanu, Nojonga III, Aufebebundy, Didonea i dziesiątka innych, małych światów wyruszyły wielkie flotylle pojazdów. Przygotowania kontynuowano nawet w podprzestrzeni, aż do momentu wynurzenia się z niej. Niewiele wiedziano o powierzchni planet Ampliturów, ak nikt nie miał wątpliwości, że nie będzie odbiegała od norm, przyjętych dla zamieszkałych, cywilizowanych światów. Spodziewano się, że będzie to pojedyncza, ogromna masa lądu, otoczona oceanami, z kilku wyspami rozrzuconymi po kontynentalnym szelfie. Tylko Ziemia odbiegała od tego wzoru. Po Ail i Eil nie spodziewano się żadnych niespodzianek tego typu.
Obrona Ampliturów zareagować powinna w zależności od stopnia zaskoczenia, jaki uda się osiągnąć. Jednak mimo żmudnych i wytężonych przygotowań, żaden z atakujących statków dowodzenia nie był przygotowany na to, co przywitało ich po wynurzeniu się z podprzestrzeni.
W dwunastu głównych językach Gromady powtarzano bez przerwy komunikat. Rozlegał się on z obu planet Ampliturów i skutecznie zniweczył wszystkie warianty rozbudowanych planów ataku.
Naturalnie z początku myślano, że to tylko trik, niecny podstęp, wymyślony by dać obrońcom trochę czasu na zogniskowanie środków defensywnych. Wielu dowódców chciało zignorować go i kontynuować operację według planu, ale intensywność transmisji, brak reakcji ze strony orbitalnej broni obronnej i komunikaty towarzyszące od Mazveków, Krygolitów i innych sił nie Ampliturów przebywających w okolicy, uwiarygodniły treść przesłania.
A jednak trudno było najwyższemu dowództwu uwierzyć. Specjaliści od szyfrów i inne grupy wywiadu ruszyły do pracy, badając głębię przekazu, jak również ruchy na powierzchni Eil, wokół której zmaterializowała się wielka armada. Na tejże powierzchni widać było fortyfikacje, ale nie były one aktywne, i choć wydawało się to niemożliwe, specjaliści na pokładach wielkiej flotylli zaczęli wierzyć, że monotonne, powtarzające się przekazy mogą być autentyczne. Ampliturologowie podkreślili, że wniosek ten poparty był ważnym socjologicznym precedensem.
Ampliturowie nie kłamali.
Ogłupiała Lalelelang szukała Straat-iena w głównej sali. Otaczające ją grupy Ziemian krzyczały i wyły podskakując dziko i poszturchując się wzajemnie. Jak wszystko inne w ich społeczności, nawet wyrażanie radości oparte było na przemocy. Trzymała się obrzeży tłumu i przytulała do ściany, aby nie zostać przypadkowo rozdeptaną przez wiwatujących. Nie zwracała specjalnej uwagi na otoczenie, gdyż widziała i rejestrowała to już przedtem. Była świadkiem typowej, prymitywnej, stadnej radości.
Odnalazła go siedzącego na uboczu, podziwiającego rozległy widok ojczyzny Ampliturów, który rozciągał się za długim, wąskim oknem.
- Co się stało? Nie słyszałam nic o lądowaniu, ani o walkach. A teraz przebywamy w normalnej przestrzeni, narażeni na ogień naziemnych instalacji obronnych Ampliturów.
Straat-ien obrócił się do niej:
- Nie będzie żadnej walki. Nikt w to z początku nie wierzył, ale właśnie nadeszło potwierdzenie z samej góry.
- Nie będzie walki? O czym ty mówisz? - Jej rejestrator ciągle pracował. Jak zwykle, ruchliwa twarz Ziemianina dostarczyła jej fascynującego wglądu w jego procesy myślowe. A jednak nie potrafiła od razu zinterpretować jej aktualnego wyrazu. Wydawał się oszołomiony, jak również zamyślony.
- To przez Ampliturów. Poddali się.
- Poddali się? Ale dlaczego? Czy ponieśli jakąś godną uwagi klęskę gdzieś indziej?
- Nikt nie wie. Wygląda na to, że nikt nic nie wie. Ludzie ciągle pytają. A tymczasem Ampliturowie pozwalają bez oporu lądować oddziałom, a ich broń orbitalna nie reaguje na naszą obecność. Krąży teoria, i jest to tylko teoria, że gdy dobrze się przyjrzeli rozmiarom sił zebranych przeciw nim, zdecydowali zminimalizować swe straty, zanim jeszcze nastąpią. - Mrugnął do niej. - Lalelelang, Wielka Wojna jest zakończona.
Nie mogąc dosięgnąć siedzenia ławki przeznaczonej dla Ziemian, podkuliła pod siebie nogi i przysiadła na podłodze obok niego.
Całe życie było podporządkowane, jeśli nie zdefiniowane, przez wojnę. Pokolenie za pokoleniem nie znało nic poza wojną i wyrastało w jej przygniatającej obecności. Źródło konfliktu tkwiło w zamierzchłej przeszłości. Zaczął się on ponad tysiąc lat temu od pierwszego kontaktu Gromady i rasy zwącej się Sspari. Czy wojna mogła po prostu zniknąć?
- To koniec - powiedział Ziemianin, pułkownik Straat-ien. Kiedy dotarło do niego prawdziwe znaczenie tych słów? Co teraz nastąpi?
- To się wydaje prawie niemożliwe - zagwizdała z braku czegoś głębszego do powiedzenia.
Ziemianin wzruszył ramionami.
- Możliwe, czy nie, to się stało. Według kilku raportów, które pozwolono mi przejrzeć, nawet w tej chwili nieprzyjaciel poddaje swą broń, środki transportu, łączności - wszystko. Koniec wojny. Nie musisz więcej walczyć.
- Waisowie nigdy nie walczyli - przypomniała mu.
- Wiesz, co mam na myśli - odpowiedział nerwowo. - Gromada. Przypuszczalnie rozwiąże się, gdy Ampliturowie całkowicie się rozbroją. Powstała specjalnie, by z nimi walczyć. Gdy wróg zostanie zdemilitaryzowany i odizolowany, Waisowie, Hivistahmowie, O'o'yanowie, S'vanowie i wszyscy inni bez wątpienia pójdą własną drogą.
- Nie jestem taka pewna, czy się z tobą zgodzić. Jako aktywna organizacja, Gromada działa od tylu wieków, że równie dobrze może nadal funkcjonować, choć przyczyny jej założenia wygasły. - Obserwowała go, przekrzywiwszy głowę. - Powiedz, co o tym myślisz, Nevan. Czy to autentyczna kapitulacja, czy też nieodgadnieni Ampliturowie znów coś szykują?
- Myślę, że to jakiś trik, ale dowództwo składa się z osobników dużo bardziej spostrzegawczych ode mnie. Nawet jeśli Ampliturowie próbują nas wywieźć w pole, nie uda im się oszukać S'vanów. - Machnął w kierunku ruchliwego, wiwatującego wojska. - Dlatego sądzę, że to święto jest przedwczesne. Nikt jeszcze nie wydał rozkazu o zawieszeniu broni, ale nie da się powstrzymać ludzi od spontanicznej reakcji. - Wzruszył ramionami. - Nie bardzo wiem, co Ampliturowie będą mogli zrobić bez statków i broni, a do tego z siłami Gromady stacjonującymi na ich światach.
- Przypuśćmy, że to jest autentyczne poddanie się i rzeczywiście oznacza koniec wojny. Co się, twoim zdaniem, teraz stanie? - spytała go.
- Z czym?
- Z tobą i z pozostałymi Ziemianami.
- Co? Ach, twoje teorie. - Uśmiechnął się z pewnością siebie. - Przypuszczam, że część z nas pozostanie tutaj, by nadzorować rozbrojenie wroga i demontaż jego instalacji orbitalnych. Dyskretna liczba rozlokowana będzie na obu planetach, by obserwować ich poczynania. To samo może dotyczyć głównych światów Krygolitów, Mazveków, Ashreganów i innych sprzymierzeńców Ampliturów. Zbędne oddziały zostaną rozwiązane tak szybko, jak się da i odesłane do domów: na Ziemię, Asmarię, do Barnarda i tak dalej.
- A potem?
- Wiem, o czym myślisz Lalelelang, ale ja ciągle jestem przekonany, że się mylisz. Powrócą do życia sprzed wojny, do przemysłu, sztuki, edukacji, rolnictwa, po prostu do życia.
- Inne gatunki robią wszystkie te rzeczy lepiej niż Ziemianie. Jeśli spróbujecie swych sił w tych dziedzinach poza planetami, które aktualnie zajmujecie, będziecie musieli konkurować z Hivistahmami i O'o'yanami w wytwórczości, z Waisami w sztuce, a nawet z Leparami w prostej pracy fizycznej.
- Myślę, że będziesz zaskoczona tym, jak dobrze potrafimy przeorientować naszą energię, Lalelelang.
- Jak już wiele razy podkreślałam - nic mnie bardziej nie ucieszy. - Spojrzenie niewinnych, błękitnych oczu wwiercało się w jego własne. - Ty, na przykład. Czy myślałeś już, co będziesz robić po wyjściu z wojska?
Zamrugał.
- Nie bardzo, tym bardziej że nie spodziewałem się zakończenia wojny już dzisiaj.
- Jestem pewna, że to samo jest z każdym Ziemianinem. Ciekawie będzie obserwować ich reakcje.
- Ty nigdy nie odpoczywasz, prawda Lalelelang?
- Poświęciłam się tej pracy. Czemu miałabym odpoczywać?
Uśmiechnął się z wyrozumiałością, ale w głębi jego duszy tkwiła uporczywa obawa, której nie potrafiła rozwiać cała ta pewność siebie.
Gdy wiadomość przekazano na planety Gromady i jej znaczenie do wszystkich dotarło, wybuchnął powszechny entuzjazm. Powtórzył się on w całej galaktyce wiele miliardów razy. Na planetach zaludnionych przez nie-Ziemian wiadomość wywołała nieco mniej żywiołową, ale równie entuzjastyczną reakcję .
Po zabezpieczeniu światów Ampliturów i ich sojuszników, siły zbrojne Gromady zaczęto stopniowo redukować. Całe jednostki były wciąż potrzebne nie tyle, by obserwować byłego nieprzyjaciela, ale by nadzorować niszczenie gigantycznych ilości materiału wojennego. Powstała całkowicie nowa gałąź przemysłu, która zajmowała się jedynie przetwarzaniem wielkich zasobów środków, stworzonych z myślą o wojnie i zniszczeniu.
Na planetach Ziemian, powracające wojska witane były wspaniałymi paradami i masowymi przejawami ulgi i radości. Massudzcy żołnierze, odesłani na Massudai i swoje kolonie, trochę mniej ostentacyjnie powitani zostali przez swe rodziny i klany. Pomocniczy personel złożony z Hivistahmów i S'vanów bez trudu przestawił się na normalny, cywilizowany styl życia. Ociężali umysłowo Leparowie spokojnie wrócili na swych kilka światów, jakby nie wydarzyło się nic godnego uwagi, zaś Waisowie zareagowali na wieść o zakończeniu wielkiego konfliktu wzmożoną falą twórczości artystycznej, która od razu stała się łagodna i powściągliwa.
Na planetach tych, którzy byli sprzymierzeni z Ampliturami: Krygolitów, Ashreganów, Segunian, Kopavich i Treturianów, powracający żołnierze z niepokojem, ale i z nadzieją, wtopili się w resztę populacji. Zanotowano pierwsze, pojedyncze przypadki odrzucania dogmatów Celu, ale z braku równie przekonującej alternatywy większość kurczowo trzymała się tego, co przez całe setki lat było główną siłą napędową ich społeczeństw.
Lalelelang nie miała ani czasu, ani chęci do świętowania. Spontaniczne eksplozje niekontrolowanych emocji nie znane były w społeczności Waisów. Powróciła do zamkniętego kręgu swoich kolegów, którzy podziwiali ją i byli poruszeni jej pracą.
Bezprecedensowa ilość zgromadzonych materiałów zapierała dech w piersiach. Bez względu na to, co indywidualni Waisowie myśleli na temat wstrętnego, a nawet chorego przedmiotu badań, nie mogły one zostać zignorowane. Osiągnęła wszystko to, co zamierzała. Dowodem tego były ogromne zaszczyty, którymi obsypano ją po powrocie. Nigdy więcej jej akademicka pozycja nie będzie mogła być kwestionowana.
Podjęła swoje seminaria, jednocześnie próbując uporządkować olbrzymie archiwum, które zgromadziła. Bez nowoczesnych metod katalogowania, niemożliwe byłoby samo usystematyzowanie szczegółów, nic wspominając o tysiącach bardzo istotnych odsyłaczy. Motywował ją fakt, że akademicy nie tłoczyli się, by ochoczo wgryźć się w jej odkrycia. Jej współbracia ciągle jeszcze nie bardzo chcieli paść się na poletku jej wiedzy. Koledzy i studenci traktowali ją tak, jak bardzo znanego artystę, który ma unikalny, lecz niepokojący punkt widzenia.
Używając najbardziej wyrafinowanych fraz i gestów, jej przyjaciele i znajomi dawali do zrozumienia, że nie wyszła bez szwanku z tej całej historii. Ich stwierdzenia nie oznaczały dla niej hańby. Biorąc pod uwagę, przez co przeszła, niczego innego się nie spodziewano. Zaledwie kilku Waisów mogło dyskutować o walce w abstrakcji, a co dopiero wyobrazić sobie, jak to jest praktycznie uczestniczyć w niej u boku szalejących Ziemian, bez poniesienia co najmniej drobnego uszczerbku na żołądku i ogólnym samopoczuciu. A teraz, gdy wojna się skończyła, jej praca z pewnością zaszeregowana zostanie do sfery historii.
Z wyrozumiałością tolerowała sztuczność osób, z którymi się kontaktowała i cierpliwie znosiła nawet tych, których gorliwa obecność na wykładach była najwyraźniej niczym innym, jak próbą pochlebstwa. Poza tym pozostała niezmieniona przez swoje przejścia. Nadal zaniedbywała obecność na socjalnych uroczystościach w towarzystwie swoich sióstr z triady. Wyjaśniała, że jest zbyt zajęta. Przed swoją wyprawą była zbyt zajęta planując, a teraz porządkując. Jej siostry i rodzina straciły nadzieję na poprawę jej smętnej pozycji towarzyskiej.
Im dłużej pracowała, im bardziej poświęcała się rozważaniom i badaniom, tym mniejsze widziała szansę na obalenie swoich początkowych hipotez.
Po kapitulacji Ampliturów nastąpił krótki okres społecznego wytchnienia, ale już zaczęło sie ono rozwiewać. Groźne sygnały pojawiały się na kilku światach Ziemian. Dla nikogo innego nie były one rozpoznawalne, ale dla historyczki Lalelelang ich znaczenie było niewątpliwe.
Rozruchy w Kendai City na Edo. Wojna gangów na Kolumbii. Konflikt na Barnardzie, a i na samej Ziemi bardzo dużo wrogości, w której duży, choć nie wyłączny, udział mieli powracający żołnierze, mający trudności w dostosowaniu się do cywilnej społeczności czasu pokoju.
Dla Lalelelang to było przewidywane i nieuniknione. Czegóż innego można było oczekiwać po gatunku, który przez ostatnie kilkaset lat był przez Gromadę zachęcany do poświęcenia całej swojej energii życiowej, na stworzenie najbardziej efektywnie walczących sił, jakie kiedykolwiek widziała galaktyka? Czego się spodziewali S'vanowie i Hivistahmowie? W oczywisty sposób wykorzystali tę jawnie niecywilizowaną rasę. A teraz oczekiwali, że na radykalną zmianę warunków ich istnienia, zareagują w cywilizowany sposób?!
Mężczyźni i kobiety, którzy razem walczyli, mieli tendencje do utrzymywania ze sobą kontaktu w różnych klubach czy w wojskowych organizacjach. Były to często jedyne, naprawdę podnoszące na duchu miejsca, w których znajdowały ujście ich emocje i nagle poskramiana agresja. Odczytując i interpretując te znaki, widziała, że powojenna eksplozja, której się obawiała, już zaczęła się kumulować. Jeśli jej teoria była prawdziwa, pytanie dla wszystkich cywilizowanych społeczności Gromady, łącznie z jej własną, nie brzmiało: czy uda się temu zapobiec, ale czy można będzie to zwalczyć?
Fakt, że pozostałe rasy nie miały już, żadnego wyraźnego powodu, by ukrywać swe prawdziwe uczucia dla śmierdzących, nieuprzejmych i nie ucywilizowanych Ziemian, tylko pogarszał sprawą.
Zaczynało się.